|
04.2006 - Freerajdy Subaru Heliskiing |
|
|
Subaru Import Polska patronowało kwietniowemu wyjazdowi heli skiing zorganizowanemu przez Freerajdy Sp z o.o. W wyjeździe wzięło udział pięć osób – czterech uczestników i niżej podpisany jako przewodnik.
Z czwórki uczestników dwóch miało spore doświadczenie pozatrasowe, trzeci mniejsze, a dla czwartego był to chrzest w tego typu działaniach.
Pogoda była doskonała – mimo kiepskich chwilami prognoz, przez cały czas towarzyszyło nam niebieskie niebo i mocne słońce.
Lecieliśmy samolotem do Zurychu i stamtąd jechaliśmy pociagiem do Zermatt.
Pierwszego dnia jeźdździliśmy poza trasami, ale stosunkowo niedaleko od wyciągów, badając warunki i rozgrzewając się. Obawy Rafała, który nigdy wcześniej nie jeździł poza trasami i z niepokojem oczekiwał jak teren zweryfikuje jego umiejetności, rozwiewały się szybko. Upadki zdarzały się każdemu poza przewodnikiem-mutantem, ale były bezbolesne, bo głęboki i miękki śnieg humanitarnie pochłaniał energię.
Warunki były fantastyczne. Stosunkowo małe zagrożenie lawinowe pozwalało na wybór śmiałych linii i mimo późnego sezonu w wielu miejscach śnieg był wciąż lekkim puchem.
Największą atrakcją wyjazdu były dni drugi i trzeci, w których skorzystalismy ze śmigłowca, aby dostać się naprawdę wysoko i daleko. Pierwszym ladowiskiem było śnieżne plateau w masywie Monte Rosa położone na wysokości 4100 metrów nad poziomem morza. Po odejściu śmigłowca mieliśmy przed sobą wiele kilometrów jazdy w atrakcyjnym terenie. Kilkakrotnie jeździłem Monte Rosy różnymi wariantami, ale teraz wypatrzyłem ze śmigłowca kolejną możliwość. Wielka stroma rynna spadająca pomiedzy poszarpanymi bryłami lodu z powietrza prezentowała się super efektownie, ale wystarczająco bezpiecznie, żeby się na nią porywać. Po przejechaniu kilku łagodniejszych stoków zrobilismy długi poziomy trawers i przyjechaliśmy nad rynnę. Teren pod nami robił się stromszy i powierzchnia śniegu niknęła nam z oczu, a tłem dla krawędzi była powierzchnia lodowca leżąca ponad dwieście metrów niżej. Takie miejsca wyglądają dość niepokojąco – gdyby za krawędzią była stumetrowa ściana skalna, widok byłby identyczny. Moja załoga nie miała zamiaru prezentować się jako kamikadze – Marcin, jesteś pewny, że chcemy tu jechać? Byłem pewny.
Wjechałem przodem do miejsca, z którego było widać dno rynny aż do samego dołu zawołałem Roberta, żeby dojechał do mnie. – Chłopaki, jest OK!! - radośnie informował pozostałych. Chciałem robić zdjęcia z góry, więc umówiłem się z Robertem gdzie ma dojechać i stopniowo wypuszczałem pozostałych. Chyba dla każdego z nich był to najbardziej powietrzny zjazd w życiu – wielki dzwon pod nami naprawdę budził szacunek, choć zjazd był zupełnie bezpieczny i wywrotka nie miała by żadnych złych konsekwencji. Jechali skupieni i po każdym było widać jak rozluźnia się w miarę tracenia wysokości.
Jak to zwykle bywa, rynna z dołu wyglądała znacznie mniej efektownie, ale nie było to w stanie zmącić satysfakcji z przejechania takiej fantastycznej formacji.
Kolejne długie stoki prowadziły nas w dół w stronę schroniska Monte Rosa, dając chłopakom możliwość pracy nad techniką jazdy w głębokim śniegu. Z uporem demonstrowałem im podstawowy w takich warunkach krótki skręt, nie bacząc że moje długie, szerokie i twarde narty zbudowano po to, aby pędziły dziko, a nie zmieniały kierunek co kilka metrów. Za mój zapał dydaktyczny przyszło mi zapłacić bólem w przedziwnych miejscach – do wymuszania na nartach nienaturalnej dla nich pracy używa się najwyraźniej innych mięśni niż po prostu do jazdy.
Po przerwie przy schronisku jechaliśmy dalej między szczelinami i serakami (czyli olbrzymimi bryłami lodu, na które pęka jednolity lodowiec). Do Zermatt dotarliśmy koło trzeciej i starczyło nam sił tylko na jeden dodatkowy zjazd.
Kolejny dzień to kolejny lot – tym razem na Alphubeljoch. Trochę mniejsza różnica wzniesień, mniejszy dystans, ale w fantastycznym, urozmaiconym terenie. Otwarty lodowiec na samej górze, potem trochę stromych stokow między skałkami i kamieniami, znowu otwarty lodowiec i wreszcie strome żleby między kamieniami. Lata spędzone na takich działaniach powodują małą emocjonalność tego opisu – w rozmowach chłopaków w trakcie zjazdu i później słowo adrenalina pojawiało się regularnie.
Ostatniego dnia znowu mieliśmy śliczną pogodę mimo złej prognozy. Nie lataliśmy już, ale po wyjechaniu do najwyższej stacji wyciągów w rejonie zjechaliśmy lodowcem Unteres Theodul w niewiarygodnej lodowcowej scenerii otwartych szczelin, potrzaskanych seraków i lodowcowych strumieni w dolnej części zjazdu. Mogłem wyraźnie zobaczyć, jak duży progres zrobili moi podopieczni w ciągu tych kilku dni. Co ważniejsze, oni widzieli to również. Oswojenie się ze stromizną i trening techniki spowodował, że spokojnie jeździli po stokach, które cztery dni wcześniej spowodowałyby zaciskanie zębów i poczucie walki, albo wręcz odmowę współpracy.
Wrócilismy do Polski w doskonałych nastrojach, pełni planów na przyszłość i oczekiwania na ostatnia atrakcje związana z tym wyjazdem, czyli szkolenie w SJS, zapewnione uczestnikom przez Subaru.
Wszystko wskazuje na to że w przyszłości nasza współpraca z Subaru będzi się rozwijać – mam nadzieję, że kolejne imprezy będą równie udane.
|

Subaru freeride team, 80% składu na lądowisku Monte Rosa. |

Lodowcowa sceneria lodowca Gorner i jazda wśród zasypanych szczelin i seraków |

Dolna część zjazdu z Monte Rosy. |

Puch na stromym stoku. |

Zjazd przez górne, łagodne partie lodowca Unterer Theodul. |

Strome przesmyki miedzy skałami są świetnym miejscem do ćwiczenia techniki na użytek poważniejszych zjazdów. |

Monte Rosa - wjazd do stromej rynny. |

Trasa zjazdu z Monte Rosy – mniej więcej w połowie widać naszą stromą rynnę. |

Alphubel – podejście do lądowania. |

Subaru freeride team - po godzinach. |

Lądwisko Monte Rosa. Śmigłowiec wraca do heliportu, a przed nami zjazd przez prawie trzy kilometry różnicy wzniesień. |

Trasa naszego zjazdu z przełeczy Alphubel. |
|
|
|