BIURO PRZEWODNIKÓW WYSOKOGÓRSKICH IVBV

Tofana di Roses – letni freeride w Dolomitach

Marcin Kacperek

W czerwcu 2001 roku postanowiliśmy z Maćkiem Cukrem zafundować sobie wspinaczkowe wakacje. Rzeczywistość okazała brak wyrozumiałości dla naszych zamierzeń. Masy śniegu wciąż zalegały w ścianach po potężnych wiosennych opadach i możliwości wspinaczkowe były poważnie ograniczone. Mimo, że nie kojarzy się to z letnimi atrakcjami Dolomitów postanowiliśmy iść na narty. Dzień spędzony na północno – wschodnim zboczu Tofany di Roses był dla nas obydwóch jednym z najpiękniejszych narciarskich przeżyć.

Umawiamy się z Maćkiem na wyjazd w Dolomity, żeby wykorzystać ostatni ciąg kilku wolnych dni przed nawałem zajęć związanych z sezonem letnim. Mój partner nigdy nie był w tych górach i ma ochotę na wspinanie w skale. Ja czuję pewien niedosyt, bo miałem jakoś ochotę na bardziej śnieżne i górskie scenerie, a w Dolomitach byłem już parę razy. Moje rozterki związane z doborem celu owocują zabraniem nart. Sto kilometrów od skalnych aren Dolomitów są Wysokie Taury. W nich Grossglockner, a w nim Rynna Pallaviciniego – olbrzymi żleb, którym zjechało już na nartach kilkanaście osób. W drodze powrotnej mamy się tam wybrać i o ile warunki pozwolą, spróbować zjechać. W Dolomitach chcemy przejść jedną z trudnych dróg na północnej ścianie Cimy Grande i jakieś pomniejsze rzeczy.

Wreszcie wyjeżdżamy i po dziesięciu godzinach spędzonych w samochodzie możemy rzucić okiem na północne ściany Cim. Nasze obawy zrodzone przy mijaniu po drodze innych pasm potwierdzają się. W północnych ścianach jest pełna zima – masa śniegu na półkach i strugi wody w każdej wklęsłej formacji. Perspektywy narciarskie w regionie są chyba niezłe, ale nasz główny cel wspinaczkowy jest nierealizowalny, a dodatkowo wyraźnie zbliża się załamanie pogody. Maciek chłonie Dolomity całym sobą i nie interesuje go zupełnie co będziemy robić, bylebyśmy się wspinali.

Jeśli tak, to się wspinajmy. W wałęsających się mgłach, przelotnych mżawkach i nawet króciutkim opadzie śniegu dało się zrobić słynny żółty kant na Małej Cimie. Mimo południowej wystawy ściany zmarzliśmy wściekle, ale uroda drogi nie dała nam narzekać. Przez kilkanaście wyciągów widoki były jak ze śmigłowca. Pionowa lub przewieszona skała zupełnie nie przeszkadzała w patrzeniu na piargi wprost pod nami. Maciek nie ma słów zachwytu dla stromizny i ekspozycji naszej drogi.

Następnego dnia wali deszczem. Nie ma mowy o wspinaniu. Decydujemy się na przejazd pod Grossglockner. To wprawdzie niedaleko i nie ma co liczyć na dobrą pogodę, ale do zjazdu na nartach nie musi być sucho, a tu na pewno nie zrobimy nic. Jedziemy w okolicę Lienzu, a jutro podjedziemy pod Glocknera i zobaczymy co się tam da wywalczyć. Zatrzymujemy się w sympatycznym pensjonacie pełnym motocyklistów, którzy z dziwnymi minami zerkają na nasze narty. Do wieczora czytam książkę, którą Maciek przezornie zabrał na wyjazd, a on studiuje przewodniki i mapy. „Pancernik Bismarck” wodzi mnie po Atlantyku, aż około drugiej nad ranem tonie z salutującym kapitanem na mostku. Pogoda wciąż fatalna, ale od jutra ma być lepiej. Jedziemy do Heiligenblut i znajdujemy następny pokój. Maciek śledzi losy pancernika od zbudowania go po kres, a ja zmagam się z odbiornikiem satelitarnym, aż wreszcie znajduję polską telewizję. Jemy, pijemy i śpimy.

Pogoda wciąż fatalna, gór nie widać, a temperatura sugeruje niedwuznacznie, że górą pada śnieg. Od jutra ma być lepiej. Czekamy i nawet nie wyczuwam w nas napięcia mimo, że nasze wakacje dziwnie przeobrażają się w ciąg wieczorów spędzonych nad kolejnymi butelkami wina.

Może właśnie dlatego tacy jestesmy rozluźnieni. Nic na siłę – najwyżej pojedziemy do domu.

Przejaśnia się wreszcie, ale to co widać nie napawa optymizmem. Nowy śnieg leży od mniej więcej dwóch tysięcy metrów, a powyżej trzech wyraźnie widać, że są go poważne ilości. Rynna nie wchodzi w grę nawet do wejścia, zjazdu nie ma nawet co rozważać.

Nie to nie – wsiadamy do samochodu i jedziemy z powrotem w Dolomity. Pogoda jest świetna i te ściany, które schną szybko, jak najbardziej nadają się do wspinania. W południe podchodzimy pod Cinque Torri i robimy szybciutko jedną z dróg w tym rejonie. Po drugiej stronie doliny piętrzy się olbrzymia południowa ściana Tofany di Roses. W jej prawej części są piękne i trudne drogi, ale wzdłuż góry ściany wyraźnie widać nawis śnieżny i zacieki wody spływającej w ścianę. Ze wspinania nici, ale dochodzimy do wniosku, że ukryte przed naszym wzrokiem północne i wschodnie zbocza góry będą pokryte śniegiem. Mapa potwierdza, że z drugiej strony jest wielki, stromy stok przerywany pasami skał, więc pewnie warto tam zajrzeć. Postanawiamy wziąć narty i spróbować szczęścia.

tof2 tof1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wyruszamy bardzo wcześnie rano, bo warunki na pewno będą stopniowo się pogarszać w miarę podnoszenia się temperatury, a musimy z nartami na plecach pokonać prawie półtora kilometra różnicy wzniesień. Przed piątą rano zostawiamy samochód przy schronisku u stóp południowej ściany i chwile później na wysokości 2150 metrów wchodzimy na śnieg. Szczyt Tofany di Roses ma 3225, więc trochę pojedziemy, ale najpierw trzeba tam wyjść, obchodząc nasz cel dokoła. Śnieg jest zmrożony na twardo i podchodzimy szybko z niecierpliwością czekając na chwilę, w której zobaczymy północna stronę góry i trasę naszego zjazdu. Żaden z nas nie był w tym miejscu i mimo wszystkiego, co widać wokół, istnieje cień szansy, że na zboczach nie będzie wystarczającej ilości śniegu i przespacerujemy się na darmo. Tak, czy inaczej sceneria jest niesamowita, pola śnieżne którymi idziemy stromieją i wreszcie wąski kuluar o nachyleniu bliskim czterdziestu stopni wpuszcza nas na wypłaszczenie u stóp północno – wschodniego zbocza Tofany di Roses. Dochodzimy do miejsca, z którego widać północną stronę góry i rozważamy nasze możliwości. Otwarte północno-wschodnie zbocze zdecydowanie najbardziej przypada nam do gustu – jest strome i ciekawe. Postanawiamy wejść trasą zjazdu i rozpoznać stok, warunki i najstromsze przesmyki miedzy skałami. Do około 2700 metrów nad poziomem morza podejście jest dość łatwe, ale na tej wysokości ubieramy raki, a zaraz potem zmieniamy kijki narciarskie na czekany. Najstromszy prożek ma około 50 stopni, a grań pod wierzchołkiem jest dość eksponowana. To będą najbardziej emocjonujące odcinki zjazdu. Po kilku zdjęciach na szczycie ruszamy w dół. Grań jest zlodzona, więc nie możemy sobie pozwolić na upadek i początkowe skręty robimy bardzo ostrożnie. Po chwili wjeżdżamy przez mały nawis w nasze zbocze i warunki zbliżają się do ideału. W początkowej części trochę fotografujemy rozjeżdżając się dalej od siebie i zatrzymując często, potem chowamy aparaty i chcemy już tylko jechać. W cudownym śniegu pędzimy między kamieniami jak dwa diabły. Dociera to do mnie kiedy w początkowym, stromym i wąskim żlebie napotykamy grupkę turystów – najpierw przelatuje koło nich Maciek, sekundy później ja. Pojawiliśmy się tak nagle i szybko, że w ich ruchach wyraźnie widać zaskoczenie. Zanim dotarło do nich, że po prostu właśnie minęło ich dwóch narciarzy byliśmy już pewnie dwieście metrów dalej.

To był jeden z najpiękniejszych dni na nartach w moim życiu. Wyśmienite warunki pozwalały na bardzo szybką jazdę w bardzo stromym i miejscami eksponowanym terenie, pogoda i widoki były niewiarygodne.

Musimy już zbierać się do domu, ale nie jesteśmy syci tych jedynych w swoim rodzaju gór. Mimo długiego dnia na Tofanie wstajemy o czwartej i jedziemy pod Cimy. Na Cimie nazwanej Maleńką, zupełnie słusznie, bo cóż to jest 250 metrów, jest piękna droga Cassina. Znowu ubrani w koszulki z krótkim rękawkiem zanurzamy się w pionowy świat ciepłej skały, wiszących stanowisk i pozbawionych półek skalnych gładzi. Kontrast ze śnieżnymi przestrzeniami po których mknęliśmy dwadzieścia godzin wcześniej jest uderzający.

W nocy wjeżdżamy do Zakopanego. Nasze wakacje kończą się na dobre, ale zjazd z Tofany zostaje nam w pamięci na długo.

email

Newsletter

dodaj adres e-mail